03. Depresja Sukcesu
Halo!
Dzień dobry!
Jest tutaj ktoś
jeszcze?
Och, kurczaki.
Najwyżej będę gadać sama do siebie.
Bo dzisiaj chcę wam
opowiedzieć o temacie, który nie do końca brzmi dobrze. Który może być w pewnych
kręgach kontrowersyjny. Albo zwyczajnie nie akceptowany. Nie lubiany. Albo
cholera co jeszcze.
Depresji sukcesu.
Może nie do końca
jest to depresja, ale o szczegółach dowiedziecie się z dalszej części tego postu.
Jeśli mnie znacie
to doskonale wiecie, że swoją karierę zaczynałam od różnych prac sezonowych,
które wliczały, ale nie wykluczały takie zajęcia jak: Kręcenie kababa, nakładanie
pieczarek na zapiekanki, opowiadanie o wielkich plastikowych ssakach morskich i
sprzedawanie płyt CD z muzyka w języku kaszubskim (przy okazji obżerania się
chlebkiem ze smalcem).
Potem poszłam na
studia. I o tyle byłam szczęśliwym żuczkiem, że:
a)
Z dochodami
poniżej minimum moja rodzica zapewniła mi miejsce wśród studentów ze stypendium
socjalnym
b)
Moja
kochana babcia zostawiła mi trochę środków na studia.
Ale ta dogodna
sytuacja nie trwała wiecznie i trzeba było znaleźć sobie pracę. I znalazłam. Na
słuchawce. Ale nie do końca call center, które każdy sobie wyobraża. Pracowałam
przez CapGemini dla FedExa i byłam Dept Collectorem dla Dubaju.
Brzmi
skomplikowanie, bez sensu i bez przyszłości.
Otóż nie do końca:
Kiedy moi klienci na Dubaju byli ogarnięci pomagałam drogim kolegom z UK, wiec
szlifowałam swoje umiejętności oponowania w obliczu całej masy Bullshitu. To po
raz. A po dwa: Moja przełożona, kochana Goth Eve, była proces leaderem. Co było
super. Bo dzięki swojej pierwszej pracy dowiedziałam się, że w życiu nie będę
Menadżerem od Człowieków. Ale z hajsikami i procesami radzić sobie będę
świetnie, bo mnie nie wkurzają.
Ale co było
dalej.
Otórz skończyłam
licencjat i trzeba było coś zrobić dalej z życiem.
I winić za to do
końca swoich dni będę swoja chorą, nienasycona ambicję oraz debila żyjącego w
mojej głowie:
Postanowiłam
zrobić studia magisterskie na SGH.
Jeśli zapytacie mnie
jaki proces logicznego wnioskowania posunął mnie do tak szalonego kroku to tylko
siorbnę kolejny łyk swojej herbatki.
Zabrało mi to aż
trzy podejścia, ale w końcu dostałam się na studia.
I trzeba podkreślić,
że kiedy w październiku 2016 roku zaczęłam swoje studia magisterskie, już od
pół roku pracowałam dla swojej obecnej firmy i ani przez myśl mi nie przeszło by
się z niej zwalniać.
Więc tak, jak
łatwo się domyślić dwa i pół roku studiów (poł roku, bo przeciągająca się obrona
przez zmiany administracyjne SGH) ogarniałam studia pracując w pełnym wymiarze
godzin. Byłam na studiach dziennych.
Ale się udało.
Nadal czeka mnie co prawda obrona, ale się udało.
Teraz zmieniłam stanowisko
w pracy. Dostałam awans.
Jestem Starszym
Specjalistą ds. Koordynacji Projektów.
Co oznacza, że
zajmuje się Transformacjami w moje dużej firmie.
A to oznacza, że
jak moja droga firma kupi, albo przejmie inną firmę to trzeba tak poprzesuwać
procesy i człowieków by to się opłacało. Ale czasem zajmuje się też bardziej
radosnymi tematami: Czasem przynosimy nowe biznesy do naszej firmy.
Więc jakby… Długa
to była droga od kręcenia kebabów.
Długa, ciężka i
męcząca. Ale przebyłam ją dzięki determinacji i sile samozaparcia.
Problem leży w jednej,
zajebiście drobnej, aczkolwiek ważnej rzeczy: Mój plan nigdy nie obejmował dojścia
tak daleko.
Kiedy stawałam w
blokach startowych na studia, nie wierzyłam, że uda mi się zarabiać tak jak
zarabiam obecnie. Nie wierzyłam, że nawet istnieje opcja zrobienia doktoratu.
Nie sądziłam, że zdobędę szacunek wśród ludzi, którzy będą wierzyć w moje umiejętności
i wspierać mnie na ścieżce kariery, o której sądziłam, że nie jest dla mnie możliwa.
Plan tego nie obejmował.
Plan tego nawet
nie uwzględniał jako zmienną. Nawet najmniej prawdopodobną.
Co powinnam czuć?
Do czego dążyć? Jak się motywować.
CO TERAZ, KURWA?
Komentarze
Prześlij komentarz